Zobacz nowości:

Informacje organizacyjne

mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj347
mod_vvisit_counterWczoraj648
mod_vvisit_counterTen tydzień2219
mod_vvisit_counterPoprz. tydz.2178
mod_vvisit_counterTen miesiąc7509
mod_vvisit_counterPoprz. mies.11174
mod_vvisit_counterWszystkie809933

Czytelnicy online: 14
Twój IP: 54.81.254.212
Dziś jest: 2018-07-21 08:57
Reklama


Reklama

Relacja: z warsztatu rebirthingu (M.Mąka)

Artykuł zamieszczony w portalu mus.com.pl, wywiad przeprowadziła Aleksandra Malinowska

Warsztaty rebirthingu, to jest to!

O rebirthingu wiedziałam tyle co wszyscy, czyli, że to „coś z oddychaniem”. Na warsztaty poszłam z otwartością, w myślach jednak powiedziałam sobie „Phi, oddychanie, przecież to nic trudnego”. Zastanawiając się jak przez dwa dni można rozmawiać o oddychaniu weszłam na salę.

.

Powydycham sobie problemy

Okazało się, że wielu uczestników doskonale wiedziało po co przyszło, mówiąc wręcz „Przyszedłem sobie powydychać problemy”. Pomyślałam „Hm… ciekawe, to problemy można sobie powydychać?”. A co najdziwniejsze już pod koniec dnia wiedziałam, że tak! Można. Ale wróćmy do początku. Paweł Trzciński, prowadzący, standardowo przypomniał zasady uczestnictwa w grupie, czyli prosił o poszanowanie wypowiedzi innych itp. Podobało mi się przypomnienie Pawła, że każdy z nas jest swoim mistrzem, dlatego uwaga, by nie dawać tzw. „dobrych rad” innym, była jak najbardziej na miejscu.

Do zrzucenia masek, przystąp!

Pierwsze ćwiczenie było niezwykle ciekawe, mocne i skuteczne. Mieliśmy przypomnieć sobie różne ciężkie rzeczy z naszego życia a następnie wziąć za nie odpowiedzialność. Dobraliśmy się parami i nagle przed obcą osobą siedziałam i mówiłam „To ja jestem odpowiedzialna za to, że…” i tu padały trudności życiowe jakie zaprosiłam do swojego życia. Druga osoba siedziała i słuchała. Mogła tylko powiedzieć „Dziękuję”. Następnie zmienialiśmy osobę, z którą pracowaliśmy i mieliśmy za zadanie opowiadać, czego nie akceptujemy, a później czego nie lubimy w sobie. Biorąc pod uwagę, że dopiero co się zapoznaliśmy nawzajem, było to dosyć mocne ćwiczenie, ale też bardzo dobre. Ja czułam się, jakbym z jakieś 5 kilo zrzuciła. Te nasze maski kochane, które tak pięknie próbujemy na zewnątrz utrzymywać, w tym ćwiczeniu trzeba było zdjąć. Bo nie da się mówić i udawać „Jestem doskonała”, gdy pada polecenie „Powiedz drugiej osobie, czego w sobie nie lubisz”. Ale szczerość popłaca. Na koniec, na twarzach uczestników widać było ogólne zadowolenie, a nawet wręcz ulgę.

Czas na wykład

Wykład Pawła o umyśle świadomym i nieświadomym okazał się niezwykle interesujący. Był to w sumie jedyny moment takiego dłuższego wywodu, podczas całych dwóch dni, ale był on niezwykle cenny. Dowiedzieliśmy się, że nasz umysł świadomy to jedno i możemy mu mówić co chcemy, ale prawdziwą rolę gra umysł nieświadomy. A to, co tam się znajduje, nosimy ze sobą od urodzenia. Już w dniu narodzin, gdy ciepłe ręce miło wyjmują nas z łona, bądź, gdy spotyka nasz klaps, powstaje w naszym ciele i w każdej komórce przekonanie, pozytywne lub negatywne. Jeśli spotkało nas coś niemiłego od razu umysł stwarza przekonanie „Świat jest nieprzyjazny” i dalej idziesz z nim przez całe życie. Dopóki oczywiście nie zmienisz go, nie zastąpisz nowym. I właśnie w rebirthingu, podczas oddechu, następuje uwolnienie tych emocji, które zatrzymaliśmy na poziomie komórkowym. Blokady, które nagromadziliśmy latami możemy po prostu rozpuścić oddechem i zapewne o to chodziło w tym „wydychaniu problemów”.

Ja oddycham!


Przyznaję, że brałam już raz wcześniej udział w sesji rebirthingu. Ale okazała się ona kompletną klapą. Okazało się, że jakoś nie mogę się dogadać z rebirtherką i wyszłam z niczym. Dowiedziałam się tylko tyle, że źle oddycham. Od tego czasu nie byłam na żadnej sesji. Dlatego tym razem z wielkim skupieniem i nadzieją, że może tym razem się uda, skrupulatnie przystąpiłam do ćwiczenia. Paweł dał nam bardzo jasne instrukcje. Zrobić głęboki wdech, następnie luźny wydech i zaraz potem znów wdech. Chodzi o to, by nie było przerw np. po wydechu. Tak poinstruowana zaczęłam z wielką pasją głęboko oddychać, aż… się zmęczyłam. I to zmęczyłam się na poważnie. Tak poważnie, że postanowiłam, że nie będę w ogóle oddychać, bo się tak zmęczyłam. Doświadczona rebirtherka, która czuwała przy mnie, miała ze mną sporo pracy. Oddychałam ledwo co, a przecież nie o to chodziło. Tak sobie leżałam ledwo oddychając, gdy nagle przyszło mi do głowy „Ale przecież ja chcę oddychać! Mam tyle rzeczy jeszcze do zrobienia! Przecież świat na mnie czeka!”. Od tego momentu zaczęłam pełniej oddychać, już bez pewnej przesady z początku sesji. I poszło! Ręce zaczęły mi drętwieć, później nogi, brzuch i na końcu twarz. Czułam się, jakbym była cała z marmuru. Nie mogłam ruszyć nawet pojedynczym mięśniem. Gdy tak leżałam znieruchomiała zupełnie doszły do mnie oddechy innych osób na sali. Wtedy po raz pierwszy sobie zdałam sprawę, że oddech jest najpiękniejszą muzyką na świecie. Rytmiczne, głośne oddychanie. Wdech i wydech kilkunastu osób może być naprawdę piękny. Czułam się jak na wytwornym koncercie życia. To było ogromne przeżycie, móc uczestniczyć w tej sesji, wraz z innymi osobami i słyszeć jak ludzie pięknie oddychają. Życie jest piękne!

To były zajęcia na pierwszym spotkaniu z cyklu Rocznych Warsztatów Rebirthingu. Nie muszę dodawać, że po tej sesji poczułam się jak nowo narodzona i do dziś czuję, że oddycham pełną piersią!

Magda Mąka